Zraniona Kobiecość i Mężczyźni, Którzy nie Byli Gotowi.
Zanim przejdę do opowieści o gotowości do zdrowej relacji, chcę Cię zaprosić w podróż. Może nawet na przystanek. Na chwilę zatrzymania się przy historii kobiecości, która przez lata… cóż, nie była zbyt łaskawa ani dla siebie, ani dla tych, których przyciągała.
Moja kobiecość – przez długi czas zraniona, niedoceniona, wycofana – wybierała takich mężczyzn, którzy jak w lustrze odbijali brak miłości, jaką sama do siebie czułam. I tak jakby podświadomość szeptała: „O, ten się nada. On też ma ranę. Ty ją uleczysz – może wtedy zasłużysz na trochę uczucia”.
Przez lata grałam rolę uzdrowicielki, opiekunki, matki. Nie partnerki. I nie kobiety. Ale coś się we mnie obudziło. Coś powiedziało dość. I wtedy zaczęła się moja droga serca.
Zamiast partnera – dziecko. Zamiast miłości – przetrwanie.
Przyciągałam mężczyzn, którzy „nie byli gotowi”. Ale nie w romantycznym sensie, jak to czasem przedstawiają w filmach („nie był gotowy na miłość, bo miał złamane serce”). Nie. Oni nie byli gotowi na nic. Na życie, na odpowiedzialność, na dorosłość. Byli chłopcami w ciałach mężczyzn.
A gdy los stawiał na mojej drodze kogoś bardziej dojrzałego? To były randki na dwie kawy. I tyle. Znikał szybciej niż zdążyłam zamieszać łyżeczką. Może czuł, że mogłabym go… rozpuścić? Bo ja wtedy jeszcze szukałam, kogo można uratować.
Sarkazm? Trochę tak. Ale to nie kpina, tylko gorzka świadomość. Łatwo dajemy się wkręcić w stare gry z dzieciństwa. Te schematy, które są znajome, dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli przypominają bardziej pole minowe niż kojący dom.
Moje schematy? Może znajdziesz w nich kawałek siebie:
– Wchodziłam w relacje z młodszymi mężczyznami. Miałam wtedy złudne poczucie kontroli.
– Wybierałam partnerów uzależnionych, chorych, z którymi czułam się „potrzebna”.
– Grałam rolę matki: troskliwej, wspierającej… aż za bardzo. Przejmowałam odpowiedzialność za ich życie.
I choć w trosce nie ma nic złego, problem zaczyna się wtedy, gdy wyręczamy. Kiedy zabieramy przestrzeń, bo przecież my „wiemy lepiej”. Kontrolujemy, poświęcamy się, przywiązujemy. Wydaje się, że dajemy dużo – a tak naprawdę odbieramy sobie samą siebie.
Pod tą grą kryło się przekonanie, że na miłość trzeba zasłużyć. Że trzeba „robić więcej”, dawać bez końca. Bo przecież nikt nie kocha za darmo, prawda? Oj, jak bardzo się myliłam.
Co zyskujesz, będąc w takiej relacji?
Iluzję bezpieczeństwa. I może jeszcze rolę, w której jesteś niezastąpiona. Ale nie jesteś szczęśliwa. Twój partner przestaje być mężczyzną, staje się dzieckiem. A Ty? Już nie jesteś kobietą. Jesteś mamą. Opiekunką. Strażniczką domowego ogniska, którego nikt nie umie sam rozpalić.
Wiesz, to nie była miłość. To był układ. On potrzebował kogoś, kto za niego decyduje. Ja – kogoś, kto mnie „potrzebuje”. Ale nikt z nas nie miał przestrzeni, by naprawdę BYĆ SOBĄ.
Dziś jestem w innym miejscu.
Nie, to nie jest historia z bajki, w której księżniczka spotyka księcia i wszystko magicznie się układa. To raczej opowieść o kobiecie, która w końcu przestała szukać siebie w oczach mężczyzny i zaczęła zaglądać głębiej – do własnego wnętrza. Dziś wiem, że nie jestem „do naprawienia”. Nie jestem „za bardzo” ani „niewystarczająco”. Jestem sobą – i to wystarcza.
To nie jest koniec mojej drogi. To raczej kolejny przystanek na drodze serca, na którym odetchnęłam po raz pierwszy bez lęku, że ktoś mi tę przestrzeń odbierze. To miejsce, w którym czuję się wreszcie bezpieczna… ze sobą. Gdzie nie muszę niczego udowadniać ani za nic się karać.
Odkryłam, że mam w sobie nie tylko zranioną dziewczynkę, ale też dojrzałą, mądrą kobietę. I wewnętrznego mężczyznę – silnego, obecnego, który nie potrzebuje prowadzić za rękę ani nikogo kontrolować. Wystarczy, że JEST. To wewnętrzne spotkanie zmieniło wszystko. Zamiast projektować swoje braki na innych, zaczęłam integrować je w sobie. I tak, to bywało trudne. Czasem bolesne. Ale też uzdrawiające i piękne.
Nie twierdzę, że teraz już zawsze wybieram idealnie. Ale dziś mam świadomość, że zdrowa relacja nie zaczyna się od drugiej osoby – tylko od relacji z sobą. Od tego, jak bardzo jestem w stanie być dla siebie czuła, obecna, szczera.
- Zamiast poświęcania – współtworzenie.
- Zamiast ratowania – wzrastanie razem.
- Zamiast schematu – świadomość.
To jest właśnie droga serca. Nie cukierkowa i nie zawsze wygodna. Ale prawdziwa. I jeśli dziś jesteś w miejscu, w którym masz dość udawania, że wszystko w Tobie musi być „naprawione” – wiedz, że to dobry moment. Dobry moment, żeby zatrzymać się i zapytać siebie:
Czego naprawdę potrzebuję? Czy umiem dziś wybrać siebie – z miłością, a nie z lęku?
To może być początek Twojej własnej drogi serca.
Odkryj więcej z Droga Serca - Lidia Suberlak
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.


